Wyluzuj… ciało i umysł

Przyspieszone bicie serca, ściśnięty żołądek, napięta twarz i głowa pełna strzępów kompletnie nielogicznych myśli. Znasz ten stan? Nie, nie chodzi tu o zakochanie, lecz o coś znacznie mniej przyjemnego – stres. Jak sobie z nim radzić?

Czasem mobilizuje, dając adrenalinowego kopa do działania. Pcha do przodu. Powoduje, że możemy być o krok przed konkurencją, zwyciężać i osiągać sukcesy. Być jak gepard, którego nikt nie jest w stanie doścignąć. A czasem sprawia, że czujemy tak duży lęk, że zaczynamy zazdrościć ślimakowi, który zawsze może schować się w swojej skorupce i mieć na wszystko wy… wyluzowane. Dlaczego czasem warto być ślimakiem?

Trend na bycie „slow” zyskuje na popularności. Zaczęło się od „slow food”, które miało być opozycją do „fast foodów”, których dobra passa marketingowa ewidentnie minęła. Nastała moda na zdrowie, a hamburgery przygotowywane z mrożonych składników przestały się w nią wpisywać. W cywilizacji, w której czas jest na wagę złota, nurt „slow” okazał się strzałem w dziesiątkę. Ale jedzenie to nie wszystko. Pojawiły się nowe dziedziny, w których należałoby zwolnić nieco tempo, by zwyczajnie je przeżyć, a nie przewegetować. Tak powstało „slow fashion”,„slow sex”, „slow …”, aż w końcu wszystko zostało ładnie połączone w jedno pojęcie „slow life” i stało się jednym z najczęściej używanych przez hipsterów pojęć, zaraz obok „gluten free”, „vege” i „yoga”. ;) I wszystko było by pięknie, gdyby tylko wraz z modą na „slow”, ktoś dał nam, korpoludkom, przedsiębiorcom, zaganianym matkom-Polkom i wszystkim innym grupom społecznym, konkretną receptę, jak żyć „slow”, w świecie, który ewidentnie wciąż każe nam reagować w trybie „fast”. Obawiam się jednak, że mimo szlachetnego nutu na zejście z piątego biegu w życiowym wyścigu, wiele osób nadal nie za bardzo wie, jak właściwie go wdrożyć w życie i jaki korzyści ma on przynieść, oczywiście oprócz bycia częścią hipsterskiej subkultury. ;)

Stres stresowi nierówny

Doskonale pamiętam swoją, niemal przypłaconą depresją, pracę w korporacji. Codzienna gonitwa, plany sprzedażowe do zrealizowania, piętrząca się na biurku sterta papierów, coraz to nowe maile, wpadające na skrzynkę z prędkością światła, od których był w stanie mnie oderwać jedynie dzwoniący telefon. Właściwie to dwa telefony – stacjonarny i komórkowy. Co wtedy czułam? Stres. Napięcie. Presję. A ponieważ jestem osobą z natury pogodną, podchodzącą do wielu rzeczy z dystansem i lubiącą ludzi, to nawet pomimo ogromnego, zżerającego mnie od środka napięcia, z mojej twarzy rzadko schodził uśmiech. Nie zawsze było to dobrze widziane. „Widzę, że jest rozprężenie” – słyszałam karcące stwierdzenie za każdym razem, kiedy w pokoju pełnym zestresowanych koroludków, padł choćby drobny, rozładowujący stresującą atmosferę, żart. W końcu ponurym żartem stało się nawet powiedzenie, że „nie można się śmiać”, ale o tym innym razem. ;) Dlaczego tak się działo? Ponieważ przez kadrę zarządzającą, produktywność utożsamiana była z nieprzerwanym napięciem, wiecznie zadumanym wyrazem twarzy, godnym starożytnego filozofa i napinką ciała nie mniejszym niż u Usaina Bolta w czasie bicia kolejnego rekordu. ;) Czy faktycznie mobilizacja musi nieść ze sobą tak duży stres? Owszem. Ale wyłącznie w sytuacjach ogromnego zagrożenia. I nie mówię tu o tej chwili, kiedy czujesz, ten ścisk w klatce piersiowej, bo masz akurat deadline nad głową. Chodzi raczej o moment, kiedy znajdujesz się w sytuacji realnego zagrożenia życia. Musisz spiąć pośladki i uruchomić wszystkie swoje mózgowe oraz napiąć wszystkie mięśnie, żeby uniknąć śmierci. Nie tej zawodowej, ale tej realnej. Umówimy się, widmo braku premii kwartalnej, to jednak nie ta sama sytuacja. Zauważasz różnicę?

Kreatywność wzrasta pod palmami

Długofalowy stres jest destrukcyjny. O tym pisano wszem i wobec, w kontekście medycznym i psychologicznym, a także wielu innych. Niszczy zdrowie fizyczne, psychiczne, relacje z bliskimi, jakość życia etc. O tym, że relaks i wypoczynek jest ważny nie trzeba nikogo przekonywać. Doskonale to czujesz zapewne co roku, kiedy po dwunastu miesiącach wytężonej pracy, po raz pierwszy zanurzasz stopy w ciepłym, nadmorskim piasku i pozwalasz falom masować swoje stopy. Lub czujesz boskie zmęczenie po zdobyciu kolejnej góry, zacumowaniu żaglówki w nowym porcie – czy, co kto lubi. Napięte ciało powoli zaczynają opuszczać wszystkie stresy, mięśnie same się rozluźniają, a umysł? Sam/sama wiesz…. Znów zaczyna patrzeć na wszystko we wszystkich kolorach tęczy. Wraca, nierzadko tłamszone przez cały rok, uczucie przyjemności z drobnych rzeczy. Ot, zachwycająca oczy chmurka na niebie, rześka bryza od morza na twarzy czy boski smak egzotycznego owocu, którym delektujesz się bardziej niż wykwintnym daniem w najmodniejszej restauracji. Zwykle po kilku dniach błogiego lenistwa i niczym nieskrępowanej nudy w głowie też coś się zmienia. Coś się przestawia. Pojawiają się marzenia (jak często marzysz, będąc w stanie stresu i napięcia?), a wraz z nimi pomysły, nowa motywacja i energia do działania. Znasz to uczucie? Wniosek…?

Na wolnym biegu zajedziesz dalej

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła dygresji do jogi. Napięte, zestresowane ciało z wielką trudnością wchodzi w pozycje jogi. Porusza się mechanicznie, kanciaście, sztucznie. Jest bardziej podatne na przeciążenia i kontuzje. Ignoruje ból, starając się dążyć do idealnej asany. Wyniszcza się w imię efektu, który może nigdy nie nadejść. A gdy napiętemu ciału towarzyszy wybujałe ego, które marzy o tym, by pokonywać własne ograniczenia lub ścigać się z sąsiadem z maty obok, to katastrofa wisi w powietrzu. Zupełnie inaczej wygląda praktyka ciała, które „niczego nie musi”, jest rozluźnione, swobodne. Porusza się naturalnie, płynnie, z gracją. Nie ściga się z innym ciałem. Nie ściga się z samym sobą. Rozluźnione ciało może więcej. Pozycje przychodzą mu z łatwością. Intuicyjnie wybiera to, co dla niego dobre i rezygnuje z tego, co mu nie służy. Kieruje się własnymi odczuciami. Samo z siebie wie, które partie napiąć, a które rozluźnić. Łatwo wchodzi w stan relaksu. Szybko się regeneruje. Po praktyce jest pełne energii, lekkie, spontaniczne.

Przeczytaj też: Początki z jogą – o czym pamiętać?

A co z umysłem? Działa podobnie. Przeciążony, zestresowany, w ciągłym napięciu dąży do destrukcji. Wyluzowany – jest bardziej kreatywny, działa swobodnie, naturalnie podejmuje racjonalne decyzje. Nie wpada w panikę i stany lękowe. Podobnie jak ciało, zawsze intuicyjnie wie, kiedy się napiąć, a kiedy wyluzować. Wie, co dla niego dobre. Wie, kiedy schować się w swojej ślimaczej skorupce i odetchnąć. Bądź ślimakiem. Nie dlatego, że to modne. Dlatego, że ze ślimakiem nikt nigdy nawet nie próbuje się ścigać. Wszyscy wiedzą, że ślimak ma w… skorupce, który będzie na mecie. A mimo wszystko zawsze wygrywa. Nagroda? Życie w tempie, które sam wybrał.

Wycisz się w prostej pozycji jogi: Dziecko (Balasana)

Facebooktwittergoogle_pluspinterest

Jeśli spodobał Ci się wpis i chcesz pozostać na bieżąco ze wszystkimi nowościami:
   •   polub profil fit-joga na Facebooku
   •   podejrzyj na Instagramie


  • Jest dużo racji w tym co piszesz. Ludzie żyją w bardzo szybkim tempie, a zewsząd nawołuje się do bycia slow i czasem trudno pogodzić jedno z drugim. Myślę jednak, że warto być takim ślimakiem i mieć wszystko w… skorupce 😊

    • Zdecydowanie, ślimak ma dużo mądrości życiowej, której możemy się od niego uczyć. ;)

  • Och Wychowanie

    … ostrzenie piły (momenty slow) jest konieczne, żeby potem działać efektywnie :)

  • Katarzyna

    Ależ mi emocji dodałaś. Zdecydowanie pędzimy za czymś nierealnym, dziwnym – marzeniami? Ale gubimy siebie po drodze… A metafora ze ślimakiem – rozluźniła mi umysł dobitnie ;-)